Strony

piątek, 6 stycznia 2012

RÓŻANKA I JEJ WUJ SZCZEŻUJA
20 września 2011

RÓŻANKA I JEJ WUJ SZCZEŻUJA

W pewnej rzeczce ,w śród zarośli,
Mała rybka aż się złości.
Nie dlatego ,że zła była,
Ale bardzo się martwiła.

Urodziły się dzieciątka
Nie dwa ,nie trzy i nie piątka.
Całe stado ,dwa tysiące
Są jak pchełki wszystkie brzdące.

Skaczą w prawo skaczą w lewo,
Tu korzenie tam znów drzewo
Jak to dzieci ,nie ma zgody,
A w około mnóstwo wody.

Co tu robić ? Rybek tyle,
W toni zgubią się za chwilę.
Tak maleńkie ziarnka piasku
Mogą znaleźć się w potrzasku.

Kleń żarłoczny blisko siedzi,
Już na pewno rybki śledzi.
Roztrzęsiona mama cała
O swe dzieci tak się bała.

-Na te smyki nie ma rady,
-Gdzie ten tato ?Od parady?
Woła mama zatroskana,
-Nie poradzę przecież sama.

Chmura gęsta jak na niebie
Tyle rybek obok siebie.
Tata mamie dawał wsparcie,
Z drugiej strony stał na warcie.

-Znów nic złego się nie stanie.
-Jestem  ,jestem tu kochanie
-A radzisz sobie jakoś tam?
-Bądź spokojna ,o tyły dbam

Minął dzień a po nim dwa dni,
Czy to jawa ,czy im się śni ?
Mama ledwo już się trzyma
Tata ,przewraca oczyma.

Niby przecież chleb powszedni.
Nie zmrużyli oczu biedni,
Jakże ,w nocy też czuwanie
A nuż złego coś się stanie.

-Wiesz co mężu ?-rzekła mama,
-Ja zostaje z dziećmi sama
-A ty znajdź mi gdzieś przedszkole,
-Nasze dzieci tam mieć wolę.

Zmarszczył tato brew na czole,
Ruszył szukać to przedszkole.
Płynie z nurtem przez korzenie,
Najść przedszkole to marzenie.

Bystra woda kipiel biała
Mała rybka wnet ustała.
Płetwy tycie ogon tyci
Nagle ,jak ją coś nie schwyci,

Dorwały ją grube kleszcze,
Tak ogromne ,tak złowieszcze.
-To już po mnie !-tato krzyczy,
W kleszczach został jak na smyczy.

Chce się wyrwać przerażony,
Chce do dzieci ,chce do żony.
Co sił szarpie się wygina.
-Tego wina kto się wcina.

Nagle rak przed jego nosem
Odezwał się grubym głosem.
A ogromny jak dwie góry,
Taki straszny i ponury.

Przygląda się groźnym okiem.
To spotkanie jak ze smokiem!
-Rachu ciachu rachu ciachu
-No co stary ? Coś ty ,w strachu ?

-Pustelniczy żywot wiodę,
-A ty wszedłeś w moją szkodę.
-Co się zbliży wszystko łapię
-A najwięcej ,łapię -gapie!

-Mój kręgosłup cały trzeszczy
-Wypuść raku mnie z tych kleszczy,
-Obiad ze mnie byłby marny,
-Dla mych dzieci koszmar czarny.

Bardzo raka prosi tato.
A rak jemu ,odrzekł na to.
-Coś ty stary, ryb nie jadam,
-Rachu ciachu ?-tylko gadam.

-Raczej żyję z każdym zgodnie,
-Zwracam wolność ,płyń swobodnie.
-Dzięki bardzo dobry raku
-Lecz za bardzo nie znam szlaku,

-Gdzie przedszkole znaleźć mogę,
-Możesz raku wskazać drogę?
-Nie słyszałem o przedszkolu.
-Ja tu mieszkam w szczerym polu,

-Popłyń stary ze dwie mile,
-A dopytuj się co chwilę,
-Rzeka długa ,woda rwąca,
-Gdzieś przedszkole jest dla brzdąca.

Rak tak radzi acz nie wierzy,
-Bądź my stary ,bądź my szczerzy,
-Rwąca rzeka ,woda zimna,
-Opieka lepsza rodzinna.

Ruszył tato znów płetwami
W drogę zabrał się z falami.
Ale rzeka bardziej rwąca,
Nawet szybsza od zająca.

Co sił zmaga się z tym prądem,
W wir wpadł  ,obraca się z rondem
Coraz szybciej szybciej w koło
Jest nie dobrze ,nie wesoło.

Piana bucha wrze tu woda
On bezwolny niczym kłoda,
Z bezsilności zamknął oczy
Po dnie ,jak patyk się toczy .

Wreszcie wypadł z tej kipieli
Za ogonem się już mięli.
A strudzony jest już srodze.
Płynie dalej, jaz na drodze ,

Jest zatoka ,tuż za jazem.
Znów -udało się tym razem.
-Kacze mydło -to się ślizgnę.
Ledwo wpłynął na mieliznę.

Kto ma umysł troszkę zdrowy,
Pływać dalej, nie ma mowy.
Zacumował przy kamieniu
Chcąc odpocząć w jego cieniu.

Podparł kamień ,ciężko dyszy,
Za plecami kogoś słyszy
Jakby kamień .Czy on gada?
-Kto mą muszlę ? Kto przysiada ?

Już miał dosyć nowych hecy
Jednak ,spojrzał za swe plecy.
A z kamienia dwie połówki,
A z połówek czułki z główki.

Jakieś takie dwie poczwary.
-Na co czekasz ?No co stary?
-Odsuń mi się od muszelki!
Wrzeszczał nad nim kamień wielki.

Co ci szkodzi twarda skało,
Przecież ci się nic nie stało.
Ze zmęczenia już nie mogę,
Chcę odpocząć w dalszą drogę.

Wydał tato ciche słowa.
-A to mi nowina nowa.
-Nie ostatni tyś i pierwszy,
-Nasłuchałam się tych wierszy.

-Już dwa lata tkwię w tym mule,
-Nie roztkliwiaj mnie tak czule,
-Tu co chwilę o me ścianki
-Obijają się kijanki!

-Jest mój domek podrapany
-Dawno nie był malowany.
-Cóż żeś słaby źle się czujesz
-Ale domek mi rujnujesz,

-Szukaj sobie inną grzędę!
Dostał tato reprymendę.
Twarde słowa z twardej skały,
Mu nadzieję odebrały.

-Niech tak będzie ,niech mnie nurty
-Niech mnie porwą od twej burty.
-Niech utopią wiry rzeczne.
-Moje dzieci drogie grzeczne

-Wszystko jedno ,wszystko na nic,
-Nie pokonam barier ,granic.
-Zaraz oddam swego ducha.
Kamień zaś ,uważnie słucha.

-O czym mówisz mała rybko?
-Mów mi prędko !Mów mi szybko!
-Twoje słowa niedorzeczne!
-Gdzie te dzieci takie grzeczne?

-W górze rzeki ,tam za tamą
-Z moją żoną a ich mamą.
-Zostawiłem z troską wielką.
-A borykam się z muszelką.

I w nieszczęściu szczęście bywa.
Mała rybka znów się zrywa.
Na myśl o swojej rodzinie
Postanowił ,że -nie zginie!

Niby czary ,a nie czary.
Nabrał w siebie znowu wiary.
-Taką mam już ojca rolę
-Muszę znaleźć to przedszkole!

Uśmiechnęła się też muszla,
Złość z jej wnętrza szybko uszła.
I rozwarła się na strony
Powiedziała -płyń do żony !

-Płyń do dzieci mała rybko!
-Płyń do domu ,ale szybko!
-A i o mnie powiedz żonie
-Spraw się biegiem ,na ogonie.

-Mówi z serca ci szczeżuja
-Nie przedszkola ,ale wuja
-Potrzebują twoje dziatki,
-I bezpiecznej dużej klatki.

-Jam szczeżuja ,małża wodna
-I przyjaciół zawsze godna,
-Już na ciebie nic nie wrzeszczę,
-Przedstaw ty się rybko jeszcze.

-Mam kolory z pąsów róży
-I ten róż mi dobrze służy
-Tom Różanka ,z pra pradziada,
-Zwać różanką mnie wypada. 

-Twoje dziatki więc różowe ?
-Życie chcę mieć kolorowe .
-Kolor róży dobrze wróży
-Niech nam razem zawsze służy!

-Czy ja dobrze to miarkuję?
-Aż me serce mocniej czuję!
-Mam poprosić cię szczeżuję
-Niech mi dzieci wychowuje?

-Już nie miarkuj rybko tyle,
-Daj narybek mi za chwilę.
-Każde dziecko twe różanka.
-Wpłyną do mnie ,jak do dzbanka.

-Jest bezpieczna klatka moja
-Jak sejf ,twarda to ostoja.
-Do niej schowa się wycieczka,
-Jak zgłodnieją ,dam im mleczka.

Tak od wieków ,tak bez przerwy,
Małym rybkom przeszły nerwy.
Mają w rzece swego wuja,
Wychowuje je szczeżuja.
ŁAGODNIE OBURZENI
18 października 2011

ŁAGODNIE OBURZENI

Co to będzie co to będzie
Niezadowoleni wszędzie
Revolution !
Rewolution !
Młodzież wyszła na ulicę
Piękni chłopcy i pannice
Revolution !
Revolution !
Żadnej w tym ideologii
By bogaci nam pomogli
Revolution !
Revolution !
Ani żadnej demagogii
Jak tak okraść oni mogli
Revolution !
Revolution !
Tak łagodnie oburzeni
Czasem z deka są wkurzeni
Revolution !
Revolution !
Zwalić pomnik z piedestału
Zacząć kruszyć go pomału
Revolution !
Revolution !
Korporacje i wy banki
My staniemy z wami w szranki
Revolution !
Revolution !
Dobre zmiany są z ulicy
Społeczeństwo na to liczy
Revoiution !
Revolution !
Revolution end Victory
Piękna bajka do  historii
My żyjemy !
Wspomożemy   !
Może jednak nie tak -gdyby?!
Może jednak nie na niby?!
Revolution  !
Revolution !
KRAKÓW
1 listopada 2011

Mój Kraków

Zwykli i szarzy ,wyblakłe ciuchy,
Brak dostojności , niemrawe muchy.
Ludzie pełzają jak leśne mrowie
W królewskim starym moim Krakowie.

A gród wytworny , światły , strzelisty ,
Rósł przez stulecia w wizjach artysty.
Koloryt pędzla i strofy wieszczy
Na każdym kroku widać ,aż trzeszczy.

Są tu krużganki ,łuki w zachwycie ,
Kamienic fronty zdobne sowicie,
Najznamienitszych rodów pałace,
Zaczarowane największe place.

Świątyń dla ducha stado czarowne,
Dumne Wawelu mury warowne
Oplatające serce polskości.
Nad bezmiar kipi od tej wzniosłości.

Jest też zaduma w ciszach kościelnych,
W epitafijnych laurach dzielnych
Przodków zakuta ,wartujących dusz
Krwi zebranej z pól dziejowych burz.

Ot Sukiennice -strażnik wiekowy,
Jarmarczny sklepik ,sejf kulturowy,
Świadek kruchości ojczyzny wrogów,
Spektaklów sztuki duchowych bogów.

Strzela w obłoki ratusza wieża
Z zegara wskazań drogi wymierza
Dla synów grodu ,dla polski chwały,
Nazbyt im w świecie fanfary grzmiały !

Ulice ludni gawiedź ,pospólstwo ,
Słychać codzienne zwykłe gadulstwo .
Normalni ludzie  ,na pozór szarzy?
Czy coś w Krakowie jeszcze się zdarzy?

Kraków jest piękny ,gród to nad grody,
Powstał z marzenia myśli swobody.
Niezwykli ludzie , ludzie z ulicy,
Ulic obecni - ich poprzednicy.

Kraków ma duszę osobliwości.
Mistycyzm ,magia w tym mieście gości.
Szarzyzny szata zdobi Krakusa,
Z ducha Jim myśl rwie pikantna  ,kusa!
SZOPKA KRAKOWSKA
30 listopada 2011

SZOPKA KRAKOWSKA

Pod Adasiem zbiegowisko
Kolorowe uroczysko
Zebrali się tutaj chłopki
Wystawili swoje szopki

Są strzeliste złote wieże
I dziedzińce srebrne -szczerze
Kawał stoi barbakanu
Snopek leży żniwa łanu

I korona jest królewska
Pod nią orzeł księcia Mieszka
Są tu mury też Wawelu
Trudu przy tym miało wielu

Duzi mali ponoć chłopki
Nie wyraźni ,no roztropki
Tak by można rzec w ogóle
Gdy przyglądnąć się w szczególe

 Bogu Dziecku adoracja
Patriotyzmu demonstracja
Wiara w ducha swej polskości
Czy na pewno chłopki prości

Umieć przelać swe uczucia
Po złotowym formom czucia
Wyobraźni swojej myśli
Po to z domu z szopką wyszli

Nam podziwiać brać naukę
Chwalić wielbić ową sztukę
Chłonąć ducha z patrioty
Niech wyksztusi nam też wzloty
MROZY ZGROZY
25 listopada 2010

MROZY ZGROZY

Idą mrozy ,cała chmara,
Każdy siwy -bródka biała.
Postrach sieją zewsząd wszędzie,
Lepiej jak ich tu nie będzie.

Każdy  trzyma różdżkę w dłoni
Gdy nią dotknie ,wszystko szroni.
Nawet woda słona w Wiśle
Tak zdrętwiała ,biedna ,ściśle.

Co dopiero inne rzeczki,
Lodem skute są bez sprzeczki,
Oni wcale się nie kłócą,
Lód we wszystkie wody wrzucą.

Gdy już stworzą lodowiska
I ulica też jest śliska
Zabierają się za szyby,
Są malarze ,tak jak gdyby.

Nie jak gdyby ,lecz artyści,
To najlepsi naturyści,
Pomalują całe szyby
W polne kwiaty ,w leśne grzyby,

I kosmiczne różne stwory,
Gęste  knieje ,dzikie bory,
Łąki kwiatów wciąż be z końca,
Widać na nich zachód Słońca.

Potem biorą się za drzewa,
Na gałęziach gwiazdki z nieba
Tak dopieszczą ,tak ułożą,
Idą dalej ,dalej mrożą,

Dalej stoją samochody,
W ich chłodnicach mrożą wody,
Bez pardonu ,dla zasady,
I nikt niema na to rady.

Gdy zamrożą okolice
Wszystkie domy i ulice,
Wszystkie szyby ,wszystkie drzewa,
Powracają ,hen do nieba.

Tam położą się na chmurach
Biało siwych kłębów górach
I odpoczywają ,marzą,
Gdy przyjdzie zima ,wyłażą.