Strony

poniedziałek, 19 grudnia 2011

SEKSY BLOND
29 listopada 2010

JURECZEK I SEKSY BLOND


Śliczna buzia ,śliczne oczy i śliczny tyłeczek.
Dojrzał w tłumie seksi blondi ,przystojny Jureczek.
Zaiskrzyły obie gały i cieknie mu ślinka,
Musi zerwać taki owoc ,słodki jak malinka.

Ruszył za nią szybkim krokiem ,przedziera się w tłumie.
Któż odpuści takie cudo ,każdy go zrozumie .
Wzrok swój wlepił Jerzy w biodra ,nic nie widzi w koło,
Tak się kiwa przed nim z wdziękiem ,mokre aż ma czoło.

Nieświadoma blondyneczka ,przed nim dalej kroczy.
Zatrzymała by się wreszcie ,Jurek tak uroczy.
Ale ona napuszona ,jak pawik w swe piórka.
Nie ogląda się za siebie i nie widzi Jurka.

Krew zalała by to wszystko ,narzeka już Jerzy.
Właśnie znikła mu blondynka ,tuż za rogiem wieży.
Zegar bije  ,czas odlicza ,łapcie szczęście w dłonie,
Każda chwila cenna póki ,w serduszku żar płonie.
O MIŁOŚCI
20 października 2011

O MIŁOŚCI !
Czyli bajdurzenie o motorze motywacji w życiu

Wznioślejszych O Miłości ! -słów nie ma w miłości!
O Miłości ! -w smutkach jest ,w grzechu jest i w radości.
Uczucie z głębin serca nieskończonej miary,
Tak jak Jezus Łazarza ,wskrzesza wszelkie wiary.
Potrafi wzlecieć nad skłon uczuciowy matki.
Dmucha delikatny dech w kruchych żagle statki.
Można by rzec ,kiedy sztorm bezbronną łupinę
Chciałby ją unicestwić ,podsyca drwinę
Rozgłaszając szeptami pieśni szanty wzniosłe,
Nad bezmiar oceanów w kipieli radosne.
Tuli owada w pąku ,rozdziela od rosy
Jak przez szkło ,gdy motylek pyszny ,w duchu bosy
Nagle rozpostarł skrzydła ,targa swe wyrzuty
W strachu zmoknięcia skrzydeł ,żali swoje smuty.
Podpowiada śląc promyk kojący obawy,
Że promyk świeci w świecie ,wysuszy mu trawy.
Miłości ,ach Ty Miłości !
Z uwielbienia aż do złości.
Nigdy Ty nie masz nicości !
Poczym z złości do radości .
Jesteś istota iskry ,która strzela z ognia
Tli się podtrzymując żar ,ożywa pochodnia
Nieśmiało przeganiając zaułki ciemności,
Pajęczyny ogania ,wybiela dla gości.
Wprowadza niepokojem blask dreszczu z ekstazą
Jakby wciągane siłą  ,kolejnych fal ,fazą.
Takie dręczycielki co to niby szydzą
Jednak niby tak nie jest niby tak się wstydzą,
Małe szały wnętrzności ożywiają lęki,
Świeżości narodziny wykrzyczane z męki,
Wtem tak naraz bul szczodry obfity a wiotki
Tę pustynię gorzkości zamienia w czas słodki.
Ty jak wena nas wodzisz ,tak jak u artysty.
Raz mętny obraz brzydki to znowu przejrzysty.
Z Twych źródeł przejrzystości z czystym spojrzeniem
Niezmąconym nic ducha jakże wdzięcznym brzmieniem.
Lub kompozycja fiołków ,eliksirów ponęty,
Zamieniasz się w ten perfum zdolny do zachęty.
Ulotną chwili myślą a zarazem wieczną
Tak jakby niepojętych mar natury ,sprzeczną.
Siły chwil życia zmieniasz czerpiąc je z wszechświata,
Niczym piorun gdzieś chmurę błyskiem z ziemią swata.
Nie jest ważne czy mżysto ,jak zmoknięta skóra.
Ty Miłości ,Tyś sama w sobie -Tyś natura,
Zwykłych hormonów ludzkich a z nich wyobraźni,
Uniesienia rozkoszy ,płaczu prawie z kaźni.
Bądź koleżanką ,lubą , da Bóg przyjaciele.
Zostań ty ze mną ,zostań Miłości w mym ciele.
Zostańże o w mej głowie nic więcej nie proszę,
Chociaż nieraz te gorzkie ,twe kwasy ja znoszę.
Miłości -Ty jak strzyga nad nurtem potoku
Ulotna niewidzialna w czaru swym uroku,
Ponętna Ty i ckliwa zarazem zdradliwa
Łatwowierna ,beztroska jakże znowu chciwa.
Niby słońce poranku co pobudza wrzosy,
A potem jak ta burza ,co grzmi na trzy głosy,
Wracasz tu litościwa ,karmiąca mnie z dłoni,
Znów w chwili niedostępna ,skryta w głębi - stroni.
Ciężki walec na drodze ,ubijasz i tłoczysz,
Nie omijasz zakrętów ,czasem krwią pobroczysz.
Lecz to nic ,nie jest znowu żeby straszne ,aż tak
Straszne i okrutne jest na pewno Ciebie brak.
Szlachetność jaka z ciebie dopiero się wysłania
Ludziom naiwnym , głupim ,niczego nie wzbrania.
Bądźże wiecznym cokołem gromu twojej bieli
Tych  ,co to cię nie znają ,żeby się zwiedzieli.
Pustki myślenia uszły gdzieś tam do lamusa,
Wdarła chęć życzliwości ,nawet jeśli kusa,
Nawet obdarta ,bez szat i splamiona w czynie
Nadto i tak zwycięży ,zabłyśnie ,nie zginie.
Tak rozkojarzyć wielce potrafisz ,o Ty mnie,
Jest mi lekko ,przepraszam ,lecz kończę niechybnie.
Wiedziesz na pokuszenie ,niejednego pana
Jakby w przebraniu damy wysyłasz szatana.
Wice wersa w miłości ,tuż owego zgiełku
Bez swej rozwagi uczuć  ,będziemy w piekiełku.
Tak w codziennym ferworze głośnym walki bycia
Bez miłości ,Ty Miłość ,Ty wiesz ,nie ma życia.
Jeśli strofy piszą Ci ,a pisują wieszcze,
Ty istniejesz miłości ,Ty istniejesz jeszcze!?
MOTYL
29 października 2011

MOTYL

Na cóż tak w mękach motyl wychodzi z poczwary
Gdy jest mu dobrze ,ciepło ,nad bezmiar jest w wiary
Sili się sam tak kruchy w nieznane żywioły?
Smutek więzienny wyzbyć ,strząsnąć by być goły,
Starej skorupy uciec ,pozbyć oblepienia.
Przeistoczyć w owoc ,stać w światłe oślepienia ,
Poczuć tę siły iskrę nowego rodzaju.
Ślepo -nie świadom  jeszcze ,dąży tak do raju.

29 października 2011

ZBOŻE

Poukładane kłosy łanów jak bezmiar -zboże
Stoi na polu w ciszy ,nie szumi ,nie może.
Tylko szeleści cicho dojrzewając w słońcu.
Powszednim chlebem potem stanąć się na końcu.

Forma istoty życia której źdźbło pnie się w górę
By się uwolnić ,rozsiać ,tworzyć nową chmurę
Małych zalążków życia dla siebie w zamiarze.
Dostrzegł cel człowiek ,łyka to życie w nadmiarze

Nie widząc straty łona co wydaje owe
Jak złodziej wydarł , trwoniąc ,łapie później głowę.
Nie słyszał pieśni żalu w żniwnych ferworach ,żął,
Tylko to szelest kosy ,otarł pot ,chciwie wziął.

EKSTREMALNOŚCI?
12 listopada 2011

Ekstremalności?

Na paralotni wzbijam się w przestworza,
Zaszczyty górskie odwiedzam i morza,
Kraje nicości ,otchłani ,bezmiary,
Wiszące chmury ,wietrzyska zamiary.

Taki latawiec bez sznura uwięzi ,
Który nie siądzie nigdy na gałęzi.
Jak myśl przeniknie ,by deliberować,
Móc wszystko dotknąć ,szeroko obcować.

Miast krztusić ,dławić w codzienności bycia
Otwieram płuca ,chcąc zachłysnąć życia.
Połykam lazur podniebnego puchu.
Tak właśnie marzę -gniotąc flaki w brzuchu .

czwartek, 15 grudnia 2011

URWISY I ŻABY
24 maja 2010

URWISY I ŻABY

Mały Stasiu ,urwis wielki
Wybrał się sam po cukierki.
Ze dwie dyszki ma w kieszeni
Zaraz w sklepie je zamieni.

Tak umyślał sobie w głowie
Lecz po drodze ,słyszy w rowie,
Coś się pluska .Kumpel z klasy
Głośne robi w nim hałasy.

Brodzi w wodzie po kolana,
Łapie żaby już od rana.
Nagania je do słoika,
Ciężko mu jest , każda dzika.

Nie przeraża to bobasa,
Utaplany jest do pasa.
Trzyma Marek słoik w dłoni
I zawzięcie żaby goni.

Jedną miał w słoiku prawie,
Ale bokiem czmychła  w trawie,
Drugą w ręce ,już ją ściska
Też uciekła ,taka śliska.

Przygląda się z góry Stachu.
Obeznany jest w tym fachu .
-Dawaj słoik z tamtej strony
Podpowiada zawiedzony

I podwija swe rękawy,
Taki z niego kumpel klawy.
Wskoczył szybko bez rozkazu
Sam chce złapać sześć od razu.

Wyrwał słoik już zastawia
-Ale cwana !-Wejść odmawia
-Nagoń je tu ,zastaw !-Nogą !
-Nie tak !-Tutaj !-Uciec mogą !

Bitwa w błocie nie na żarty,
Jeden drugi tak uparty.
Wystraszone skaczą żaby,
Między nimi dwa te draby.

-Pomysł taki jest chłopaki
-Trzeba koszyk byle jaki
-A najlepiej wiklinowy
-Kupił właśnie tata nowy .

Odezwał się Jasiu z brzegu
Był w pobliżu ,przyszedł w biegu,
W majtkach tylko ,cały goły.
-Skoczę szybko do stodoły.

Nie minęło dwie minuty
Ledwo zdążył ściągnąć buty
Zjazd na pupie z wielkim krzykiem,
Tak się spieszył Jaś z koszykiem.

Nie potrzeba większej frajdy,
Śmieją kumple się z ciamajdy.
Depczą chlapią z jednej strony
Z drugiej rów już zagrodzony.

Przystawili wiklinowy
Taty Jaśka koszyk nowy.
Wreszcie są w niewoli żaby,
Cieszą się ogromnie szkraby.

W tym zapale poświęceniu
Zapomnieli o jedzeniu,
Zapomnieli o obiedzie
Ach te żaby .Wszystkie w biedzie.

-Fajny jest dziś dzień wakacji
I nie koniec smyków akcji
Marek ,pierwszy był do grzechu,
Za brzuch złapał się ze śmiechu.

Przyszedł właśnie mu do głowy
Pomysł na te żaby nowy.
Wielkie ma fantazji wodze.
-Sklep spożywczy jest po drodze.

-To się właśnie dobrze składa.
Stach radośnie odpowiada.
W pędzie kosz we trzech tachają
I z pięćdziesiąt żab w nim mają .

Pani w sklepie przerażona.
Trójka brzdąców ubłocona
Stoją razem na wprost lady.
-Chcemy kupić czekolady.

Wyjął Stach z kieszeni kasę
Mokrych drobnych całą masę.
-Będzie tutaj ze dwie dychy,
I wybuchły  głośne chichy .

Ze stoickim Jaś spokojem
Był w westernie dziś kowbojem,
Brew na oku nie drży wcale
I na licu kamień stale.

Kopnął koszyk lewą nogą,
Żaby z kosza wyjść już mogą.
Patrzy trójka z swą przekorą
Żabki sklepu będą zmorą.

Nie czekały wcale płazy
I wylazły te okazy.
Skaczą w górę i na boki
Takie żabie  robią skoki.

-Proszę chłopcy czekolada.
Oni chórem -marmolada,
-Dzisiaj właśnie tak się składa
-Marmolada marmolada.

-Tu nie teatr nie przedszkole
-Ja was zaraz trzech wyszkolę,
-Swędzą was te brudne dupy?
-Brać mi szybko te zakupy!

-Cyrki w domu  !-tam możecie
-A nie w sklepie  ,rozumiecie.
Tak się pani ze złościła
Była przecież taka miła.

Wtem na ladzie żabka skacze.
-Ja wam tego nie wybaczę!
-Wy hultaje małe zbóje!
-Wszystkie flaki wam wypruje!

Łap za miotłę i przed ladę,
Zobaczyła -żab -paradę.
Opadły jej ręce obie.
Żaba ją po nodze skrobie.

W wielkim szale pełnym złości;
-Ja wam porachuje kości!
Krzyczy ,piszczy ,skomli ,ryczy
Gruby ciężki babsztyl byczy.

Chłopcy widzą nie przelewki,
Babsztyl w sklepie nadto krewki.
-Przebrała się chyba miarka,
Cicho gada Stach do Marka.

-Wina Jaśka to jest cała,
-Ta łachudra koszyk pchała!
-Twoja wina !-Jaś na Marka,
-Sami sobie łapcie !- narka!

-Lepiej jak nas tu nie będzie,
Szepnął Stach i zanim w pędzie.
Marek widzi co się dzieje
Też ze sklepu szybko wieje.

Schowali się za mur gruby
Nie chcą przecież swojej zguby.
Pani żaby łapie sama
Ponoć -łapała do rana.

Pamięć długa jest o sprawie,
Ze dwa lata będzie prawie.
Omijają sklep z daleka,
Dobrze wiedzą ,co ich czeka.

Lecz tą trójkę nic nie zraża.
Choć bolesna czasem gaża
Za te głupie ich wybryki
Cóż -we krwi to mają smyki .

Są to kumple z jednej klasy.
W swych wyczynach wielkie asy.
Sławni razem w całej szkole,
Acz książkowe wielkie mole.